Na skróty

Information

Strona Główna » Artykuły » Warsztat arteterapeutyczny » Baśń tradycyjna a potrzeba fanatazjowania u dzieci

Baśń tradycyjna a potrzeba fanatazjowania u dzieci

Czy współczesne baśnie pokrywają się z potrzebami dziecięcej psychiki?

Dorota Wojciechowska

Fantazje dziecięce – naturalny etap rozwoju

Wszystkie dzieci mają potrzebę fantazjowania – jest to jak gdyby naturalny etap w rozwoju dziecka, najsilniej widoczny między 2-5 rokiem życia, kiedy to dzieci często mają „wymyślonych przyjaciół”, z którymi robią wiele rzeczy wspólnie, potrafią też szczegółowo opisywać potwory mieszkające w ich pokoju pod łóżkiem. Czasami fantazje te dotyczą spraw bliskich codziennemu życiu, co w zrozumiały sposób może nas niepokoi. Szczególnie, kiedy słyszymy od dziecka, że np. dziś nie było obiadu w przedszkolu lub gdy dziecko twierdzi, że zabawkę, którą wyniosło po kryjomu do domu otrzymało w prezencie od pani. Nie powinniśmy jednak od przedszkolaka wymagać, by rozumiał, że opowiadanie takich historii nie jest prawdą. Każdy rodzic powinien mieć świadomość, że prędzej czy później, także i jego dziecko, podobnie jak inne dzieci w wieku przedszkolnym, zacznie się w jakiś sposób „mijać z prawdą”. To w gruncie rzeczy bardzo powszechne i naturalne zjawisko: dziecko -w przeciwieństwie do osoby dorosłej- nie widzi granicy pomiędzy światem „na serio” a światem „na niby”. Oczywiście, dziecku trzeba wytłumaczyć, że wynoszenie z przedszkola zabawek nie jest dobre i razem z nim oddać rano zabawkę pani – jednak nazywanie dziecka kłamcą w tej sytuacji nie jest właściwe i w gruncie rzeczy nie pomoże nam w wytłumaczeniu dziecku, dlaczego postąpiło źle, wynosząc zabawkę z przedszkola.

Dzieci, które często doświadczają swoich rodziców takimi opowieściami i zdarzeniami mają zwykle bujną wyobraźnię i już sam ten fakt ukazuje pozytywny aspekt „fantazjowania” dzieci na różne tematy. Wyobraźnia jest bowiem tym, co obok intelektu pomaga nam poznawać rzeczywistość w sposób właściwy tylko dla nas, odróżniający nas od innych ludzi.

Specjaliści twierdzą, że dziecięce fantazje spełniają kilka ważnych funkcji w rozwoju psychicznym i emocjonalnym dziecka. Nie bez powodu więc, zabawy iluzyjne u większości dzieci do piątego roku życia przeważają wśród innych rodzajów preferowanych przez nie w tym okresie zabaw (tzn. zabaw ruchowych bez elementów fikcji i przekształcania rzeczywistości, czy zabaw manipulacyjnych). Zabawy iluzyjne nie tylko niosą ze sobą bogactwo uczuć i emocji, uczą zachowań prospołecznych, stanowią świetny trening dla pamięci i wyobraźni, ale także pomagają uporać się z różnymi lękami i problemami dziecka. Dlatego prawie u wszystkich dzieci w tym wieku nastawienie fikcyjne i iluzyjne przeważa w tym okresie życia nad nastawieniem trzeźwym i rzeczowym. Przecież cały świat rzeczy, istot, czynności i wydarzeń, znany dziecku tylko z obserwacji, z „daleka” (w tym także życie zawodowe i społeczne dorosłych), staje się pośrednio dostępny poprzez wprowadzenie go pod postacią fikcji do zabawy.

Znaczenie tego typu zabaw iluzyjnych rozumiał i opisał Jerzy Cieślikowski, nazywając je stałym elementem „folkloru dziecięcego” (J. Cieślikowski, Wielka zabawa. Folklor dziecięcy, wyobraźnia dziecięca, wiersze dla dzieci ,Wrocław 1985). Naturalnym żywiołem dziecka jest bowiem zabawa, a zabawa zawsze jest czymś w rodzaju opozycji, czy też alternatywy w stosunku do „prawdziwego życia”. W zabawie, podobnie jak w baśni, nie muszą obwiązywać logika, czy prawa fizyki, toteż związki przyczynowo skutkowe w dowolnym momencie mogą ulec zawieszeniu, a w to miejsce mogą pojawić się baśniowe „prawo metamorfozy” i cudowność.

Baśń tradycyjna i jej współczesne „audiowizualne” odpowiedniki

Z tymi potrzebami dziecięcej psychiki dobrze współgra konstrukcja fabuł w ludowych bajkach magicznych, zwanych popularnie baśniami. W baśniach, wywodzących się bezpośrednio folkloru ludowego, dziecko ma do czynienia z wyraźnym podziałem świata na dobro i zło, więc nie ma tu problemu z niejasnymi wyborami moralnymi bohaterów, jest to świat wartości tradycyjnych: zło zostaje ukarane, dobro wynagrodzone, a przyjaźń, miłość, odwaga, lojalność i mądrość są zwykle najcenniejszymi „skarbami”, które oprócz ręki królewny i połowy królestwa zdobywa główny bohater. Ponadto, jest to świat wobec dziecka uczciwy, bo mówiący prawdę o otaczającej go rzeczywistości: o tym, że istnieje w nim strach i lęk, z którymi trzeba się uporać, że życie nie jest tylko usłane różami i że często doświadczamy rzeczy trudnych, bolesnych, jak rozstanie, choroba, czy śmierć bliskich osób. Jest to wyraźna opozycja w stosunku do takich współczesnych propozycji jak „bajki bez przemocy”, które mają dziecku stwarzać iluzję dobrego świata, w zamierzeniach ich twórców jakoby „bardziej dostosowaną” do potrzeb i możliwości dziecięcej psychiki.

Tymczasem baśnie tradycyjne nie epatują -jak się czasami sądzi- nadmiernym brutalizmem, czy przemocą. Jeśli występuje w nich przemoc, to jest to przemoc symboliczna, opowiedziana z pomocą baśniowej metafory (zauważmy, że sceny ucinania palców u sióstr Kopciuszka, czy palenia Baby Jagi w piecu żadne dziecko nie przeżywa w sposób traumatyczny). Na poziomie symbolicznym dziecko intuicyjnie rozumie także wszystkie próby i trudne sytuacje, jakich doświadcza główny bohater: jeśli przeżywa on po drodze jakieś problemy, to przecież wiodą one do zwycięstwa, a jeśli błądzi, to jest to efekt jego złych wyborów. Np. tak jak Czerwony Kapturek, który nie słuchał rad mamy i nie tylko zboczył z leśnej dróżki, zamiast iść prosto do babci, ale także -mimo przestróg swojej mamy- rozmawiał z nieznajomym i wypaplał mu beztrosko wszystkie ważne informacje.

Baśń o Czerwonym Kapturku jest przykładem dobrze ilustrującym, w jaki sposób i dlaczego moralno-etyczne przesłanie, skierowane wyraźnie w stronę odbiorcy, konstruuje oś baśniowej fabuły, stając się jednym z najważniejszych elementów w baśni tradycyjnej.
Baśnie bowiem, od początku ich powstania, wykorzystywano w celu przekazania wiedzy, wzbogacenia doświadczenia oraz ukazania różnych wzorów myślenia i działania. Część z nich miała wyraźnie charakter inicjacyjny – historie te opowiadały o zmianie ról społecznych, czy życiowych, których każdy z nas doświadcza w swoim życiu w związku z dorastaniem, zamążpójściem, ożenkiem, narodzinami dzieci, itp. Jak pisze we wstępie do swojej antropologicznej analizy i interpretacji baśni pt. Żelazny Jan, amerykański pisarz, poeta i tłumacz – Robert Bly: istnieje inicjacja męska, inicjacja żeńska i inicjacja człowiecza. Czerwony Kapturek jest baśnią inicjacyjną przeznaczona w swej pierwotnej wersji dla młodych kobiet i opowiadającą o cierpieniu, wynikającym z przedwczesnej inicjacji seksualnej. Historię tę można także odczytać na bardziej „podstawowym” poziomie, jako ostrzeżenie przed spotkaniem z nieznajomym człowiekiem i w ten sposób reaguje na nią większość dzieci. Nie wszyscy bowiem ludzie są dobrzy, nie wszyscy też mają wobec nas dobre zamiary, szczególnie jeśli mamy niewiele lat i mało wiemy o świecie – wtedy stajemy się łatwym łupem dla takich osób. Dlatego kara, która spotyka Czerwonego Kapturka jest groźna – wilk naprawdę pożera głupiutką, naiwną dziewczynkę, która dodatkowo sprowadza też nieszczęście na bezbronną, z racji wieku i choroby, babcię. Starsza kobieta i dziecko – to dwa łatwe łupy. W niemal każdej kulturze zarówno dzieci, jak i osoby starsze były otaczane opieką i szacunkiem. Toteż kara, która spotyka odszczepieńca musi być wyjątkowo okrutnie ukazana (zostanie on zabity, czyli usunięty poza społeczeństwo, któremu szkodził) – tak by przesłanie baśni było wyraźne. Ten strach musi być prawdziwy, ponieważ baśń o Czerwonym Kapturku opowiada o realnych zagrożeniach. Nie można tego modelu „baśniowej dydaktyki” ulepszać uwspółcześnionymi, łagodniejszymi wersjami, w których wilk nie zostaje zastrzelony, a jedynie mocno kaszle i w ten sposób uwalnia babcię i dziewczynkę z czeluści swego brzucha, zaś postraszony przez dzielnego myśliwego – łagodnieje i staje się potulnym wegetarianinem (sic!), który babci i Czerwonemu Kapturkowi służy jako goniec na posyłki…
Choć może trudno nam w to uwierzyć, ale ta jedna z popularniejszych i bardziej znanych baśni ze zbioru braci Grimm może stać się bardzo użyteczną opowieścią o kobiecości i kobiecej inicjacji, a także o problemach i życiowych wyzwaniach współczesnej kobiety, której droga często nie prowadzi dziś tak prostym szlakiem od mądrości matki (najbliższej dziewczynce kobiety w rodzinie, która zwykle jako pierwsza oswaja dziewczynkę z własną płcią – stąd symboliczna czerwień na nakryciu głowy dziewczynki), do mądrości babci, która jest mądrością innego rodzaju, bo związaną raczej z duchem, a nie z materią, czyli ciałem. Intruzem, który wdziera się w ten świat jest ktoś, kto nie potrafi utrzymać normalnych relacji z kobietami (bo wilk nie kontaktuje się z mamą Kapturka, która od razu rozpoznałaby zagrożenie i potrafiłby je pokonać) – atakuje jedynie słabsze od siebie istoty: mała dziewczynkę i starszą kobietę.

Dziecko, mające kontakt z fabułą tej baśni, nie musi rozumieć jej ukrytego inicjacyjnego charakteru. Ważne, by rozumiało, dlaczego trzeba słuchać rad dorosłych (bo są mądrzejsi, bardziej doświadczeni) oraz dlaczego trzeba nad sobą panować (by pamiętać i umieć zastosować pewne wskazówki) i nie dawać się zwieść powierzchownym przyjemnościom, jeśli mamy do wykonania jakieś ważne zadanie.
Tego wszystkiego dziecko nie dowie się i nie przeżyje w swojej wyobraźni, jeśli zaproponujemy mu do lektury uwspółcześnioną, „złagodzoną” fabułę baśni o Czerwonym Kapturku, opowiedzianą w dodatku w jakimś niesamowitym skrócie, czyli w ośmiu–dwunastu zdaniach, za to opatrzoną pięknymi ilustracjami. Wypacza to zupełnie przesłanie tego utworu, który od wieków dobrze spełniał swoje edukacyjne, moralizatorskie i inicjacyjne funkcje i tylko nasze ograniczenie, nieznajomość własnego folkloru i rodzimej kultury oraz marketingowe prawa rządzące rynkiem książki dziecięcej każą zwątpić w sens owego mądrego przesłania, obecnego w każdej tradycyjnej baśni.

Nauka kontra zabawa?

Tymczasem współczesne produkty dla dzieci, wśród których rekordy popularności biją kinowe superprodukcje, jak Kung Fu Panda czy Madagaskar oraz animowane seriale produkowane przez takie stacje telewizyjne jak Cartoon Network czy Disney Channel w większości przypadków opowiadają o sprawach błahych, skupiając się na tym „lepszym”, bardziej zabawnym aspekcie otaczającej nas rzeczywistości.

Trudno dziś przemycić do pokoju dziecinnego tradycyjny świat wartości rodem z ludowej bajki magicznej, bowiem dzieci od pewnego momentu przestają być tym światem zainteresowane.
Na pewno duży wpływ mają tu media elektroniczne – telewizja, gry komputerowe, czy moda przeniesiona z serialu lub filmu w świat dziecka: gazetki, gadżety i streszczenia filmów w postaci kolorowych książeczek to dziś u większości przedszkolaków standardowy „zestaw edukacyjny”. Ale do tego, że dzieci tracą powoli kontakt ze światem tradycyjnych wartości, światem w którym zło jest złem, a dobro dobrem – najbardziej przyczyniają się zapracowani, zagonieni i zajęci sobą rodzice. Często nawet nie zdają sobie sprawy, jak bardzo współczesne filmy animowane różnią się od tych, jakie sami oglądali w dzieciństwie. Jednak w przeciwieństwie do Załogi G, która rządziła niepodzielnie młodymi umysłami w latach 80-tych na ekranach polskich telewizorów w niedzielne popołudnia, ich współczesny odpowiednik, czyli serial Power Rangers jest nie tylko prawie cały czas obecny w telewizji (16 serii tego serialu, podczas gdy wspomniana Wojna planet –Załoga G liczyła sobie jedynie trzy sezony, z czego w Polsce pokazano niecały jeden), ale także historia ta ukazała się już w dwóch filmach kinowych (wspomniana Załoga G doczekała się tylko jednego), nie mówiąc już o ogromnej ilości gadżetów, gazetek, portali, płyt CD i innych elementów marketingowych związanych z serialem Power Rangers.

Power Rangers, mimo zubożenia fabuły, sprowadzającej się w istocie do powielania scen walk w coraz to nowych kombinacjach czasoprzestrzennych, jako główny temat ukazuje odwieczną walkę dobra ze złem. Atrakcyjności tej walce dodaje fakt, że superbohaterami są tu zwykli nastolatkowie obdarzeni niezwykłą mocą pochodzącą z magicznych i/lub wysoko zaawansowanych technicznie przedmiotów. To nie własne starania, czy wysiłek, ale głównie magia, arsenał specjalistycznej broni i gigantyczne pojazdy bojowe zwane Zordami zapewniają ekipie Power Rangers odwagę i siłę.
Jednak najbardziej problematyczna z punktu widzenia potrzeb i możliwości dziecięcego odbiorcy jest tu sama konstrukcja fabuły filmu, która powstaje w oparciu o kolejne sceny walki, konstruowane w ten sposób, by bohaterowie przetrwali do kolejnego odcinka. Zło nigdy się nie kończy, tylko przyczaja się, by zaatakować ze zdwojoną siłą po ponownym włączeniu telewizora. Ma to swój urok dla dorosłego odbiorcy, który radzi sobie swobodnie z własnymi emocjami, jednak dla dziecka w wieku przedszkolnym lub wczesnoszkolnym (a w takim wieku są zwykle odbiorcy tego serialu) takie nagromadzenie scen walki, pościgów i przemocy może stanowić pewien problem psychiczny, a nawet – etyczny. Power Rangers bowiem, mimo iż są bliską grupą znajomych, praktycznie nie wykonują wobec siebie żadnych przyjacielskich gestów – wspierają się i bronią jedynie w walce. Poza scenami związanymi z walką fabuła filmu prawie nie istnieje.

Rodzice, którzy nie oglądają ze swoimi dziećmi ich ulubionych filmów często są ogromnie zaskoczeni, gdy choć raz im się to zdarzy. Szczególnie, gdy dziewięciolatek zaprezentuje, jako swój ulubiony serial, Włatców Móch lub South Park (osobiście znam dziewięciolatka, któremu mama, mimo pewnych oporów, pozwoliła oglądać Włatców Móch, bo „wszyscy w jego klasie oglądają” ).

Problem konstrukcji napięcia fabularnego we współczesnych produkcjach filmowych dla dzieci dotyczy zresztą prawie wszystkich filmów animowanych, nawet tych, które są postrzegane jako filmy „dobre”, nieepatujące przemocą i brutalizmem (np. Fineasz i Ferb Kot Ik itp.). Dzisiejsze bajki animowane są w przeważającej większości zbudowane poprzez sceny dynamiczne, a nie statyczne, charakteryzujące się dużą ekspresyjnością oraz różnorodnością kontrastowych barw. Efekty dźwiękowe są głośne oraz przesadzone. W większości tych filmów akcja jest tak poprowadzona, aby napięcie w ogóle nie słabło – jeśli pobudzamy w ten sposób przez dwie godziny dziennie mózg dziecka (a u niektórych dzieci nawet więcej!), może stać się to w końcu przyczyną jego problemów z koncentracją, snem, czy ogólnie – samopoczuciem. Jeśli przyjmiemy, zgodnie z tym, co podają badania psychologiczne, że dzieci w 70% uczą się przez naśladowanie, mamy niezbyt ciekawy obraz tego, w jaki sposób my sami, jako rodzice, pozwalamy degenerować się na naszych oczach osobowości dziecka, dzięki oglądaniu w telewizji, nieustannie powielanych, agresywnych bądź nadmiernie ekspresyjnych wzorców zachowań!

Realizm kontra magia?

Powstaje pytanie, co w takim razie najlepiej zaproponować dziecku, by mogło nie tylko swobodnie się rozwijać, ale także dobrze bawić?

Świetnym punktem odniesienia zawsze będą tradycyjne fabuły baśniowe. Bruno Bettelheim, prekursor terapii baśnią, twierdził nawet, że są one czymś w rodzaju „duchowego elementarza”, dzięki któremu dziecko uczy się wiedzy o sobie, o swoich mocnych i słabych stronach charakteru oraz uczy się wiedzy na temat swoich relacji z innymi. Ponadto, baśnie są uniwersalnym kluczem w ramach danej kultury; stanowią też łącznik między światem dziecka i dorosłego poprzez istnienie wielu punktów wspólnych.
Te, niekwestionowane -jak by się wydawało- walory wychowawcze tradycyjnych baśni wywoływały jednak w dziejach myśli pedagogicznej rozmaite spory i kontrowersje, które dają pewne wyobrażenia o tym, jak kształtowały się wyobrażenia krytycznoliterackie na temat roli oraz znaczenia tego typu literatury w świecie wartości dziecka. Literatura dziecięca, przez dziesiątki lat postrzegana bardzo instrumentalnie, została pod koniec 20-tych lat XX wieku wyraźnie nobilitowana poprzez nałożenie na nią obowiązku posiadania cech dzieła artystycznego, stymulującego jednocześnie -niezależnie od jakichkolwiek postulatów pedagogicznych- w odpowiedni sposób zainteresowanie samych dziecięcych odbiorców. Ustalono więc, że literatura dla dzieci ma być nie tylko źródłem informacji, czy nośnikiem wartości moralnych, ale także powinna być źródłem przeżyć estetycznych. Jednak mimo tego jasnego przesłania i odpowiedzialnej roli, jaką na przestrzeni lat wyznaczyła literaturze dziecięcej krytyka literacka, współczesna literatura dla dzieci wydaje się przeżywać poważny kryzys, spowodowany w głównej mierze przemianami społeczno-ekonomicznymi. Przede wszystkim, model współczesnej kultury niszczy podstawową funkcję baśni (i wszelkiego rodzaju fantastyki literackiej dla dzieci), którą spełnia ona wobec dziecka, pozwalając mu m.in. na asymilowanie informacji o świecie realnym. Chodzi tu o pewną prawidłowość psychologiczną, którą opisał szczegółowo Kornel Czukowski (K. Czukowski, Od dwóch do pięciu, tłum i oprac. W. Woroszylski, Warszawa 1962). Otóż na określonym etapie rozwoju, w wieku przedszkolnym, informację o świecie realnym, przyswojoną już, dziecko natychmiast przekształca, przyswaja niejako w świecie fantazji. Transformacja rzeczywistości pozwala dokładniej odróżnić to, co jest zmyślone, od tego, co realne. Wbrew pozorom zatem, baśń wraz z jej magią i cudownością -jak się potocznie sądzi- nie zaciemnia dziecku obrazu realnego świata lecz pozwala ten świat lepiej poznać poprzez porównanie odróżniające (termin według K. Czukowskiego). Analogiczny proces odnajdujemy we wspomnianych wcześniej zabawach iluzyjnych, których znaczenia na rozwój emocji i osobowości dziecka nie sposób nie docenić.
Dlatego uważam, że w przedszkolu powinno być zdecydowanie więcej miejsca dla zabaw fikcyjnych, zabaw polegających na odgrywaniu różnych zmyślonych ról, ponieważ one, podobnie jak baśń tradycyjna, nie tylko kształtują wyobraźnię dziecka, ale także stanowią rodzaj jego naturalnej aktywności we wczesnym dzieciństwie i sprawiają dzieciom wiele radości.

Bruno Bettelheim, powołując się na badania Freuda, jednoznacznie udowodnił, że język i świat baśni są w stanie stworzyć dziecku poczucie wewnętrznej integracji, warunkujące jego dalszy prawidłowy rozwój. Dzieje się tak, gdyż opowiadając dziecku baśnie rodzice dostarczają mu niezwykle ważnego dowodu, że fakt, iż przeżywa ono baśń jako obraz własnych wewnętrznych doświadczeń, uważają oni za wartościowy, a nawet za coś co jest w pewien sposób „realne”. To zaś daje dziecku poczucie, że skoro jego własne doświadczenia wewnętrzne zostały zaakceptowane przez rodziców jako realne i ważne – to ono samo jest w konsekwencji realne i ważne (B. Bettelheim, Cudowne i pożyteczne, tłum. D. Danek, Warszawa 1985).

Jednak moda na baśnie w pewnym sensie już minęła – rodzice nie wiedząc czym się kierować, kupują zwykle te lektury, o które proszą ich dzieci. Te wybory ukształtowane są natomiast bardzo często pod wpływem reklam. Współczesny rynek dla dzieci traktuje bardzo poważnie swoich małych konsumentów, tworząc ogromne kampanie marketingowe, dostosowane specjalnie do percepcji i potrzeb dziecięcej psychiki. Każdy z rodziców, kto choć raz usiłował dziecku wytłumaczyć, że kupno kolejnej gazetki czy książeczki o Kucykach Pony czy Żółwiach Ninja jest bez sensu wie, jak silnie ten przekaz potrafi ukształtować dziecięcą psychikę.

Często rodzice w desperacji rzucają się na różne lektury rekomendowane przez nobliwe wydawnictwa, czy czasopisma dla dzieci w nadziei, że one pomogą im „wychować” dziecko lub przynajmniej zaszczepić w nim chęć sięgnięcia po lektury nieco bardziej ambitne, niż książeczki z „serii dysneyowskiej”. Ale i tu działa wszechobecne prawo reklamy i marketingu i nie zawsze te polecane tytuły są tytułami godnymi uwagi.

Jako przykład podać tu można tzw. „bajki terapeutyczne”, które od dłuższego czasu cieszą się w Polsce niesłabnąca popularnością. Ten rodzaj lektury przywędrował do nas ze Stanów Zjednoczonych i Australii – jako prekursorkę wskazać by należało Doris Brett, australijską psycholog, autorkę takich książek, jak Bajki które leczą. Na gruncie polskim popularyzatorką tej metody stała się Maria Molicka –psycholog, która podobnie jak Superniania, Dorota Zawadzka, jest behawiorystką. Warto o tym wiedzieć, bo to tłumaczy mechanizm działania bajek terapeutycznych. Zgodnie bowiem z założeniami szkoły behawioralnej, pracuje się tu nie z przyczyną zaburzonego zachowania dziecka, która jest zwykle głęboko ukryta, a przez to trudnawo uchwycenia. Behawioryści pracują z tym, co widoczne, z problemem, a raczej jego skutkiem. Nie interesuje ich problem relacji, czy osobowości. Inaczej, niż Bruno Betelheim, który uważał, że baśń tradycyjna, obrosła w wielowiekowe symbole i obrazy, pracuje w podświadomości dziecka, a owa bogata symbolika i metaforyka „porządkuje” pracę psychiki dziecka, pomagając mu uporać się z własnymi problemami. Maria Molicka wiele korzysta z dorobku Bruno Bettelheima, jeśli chodzi o pracę z dzieckiem w ramach terapii lekturą, jednak w przeciwieństwie do niego uważa, że współczesne dzieci nie potrzebują być księżniczkami, czy rycerzami, by zrozumieć i odczuć terapeutyczny potencjał tkwiący w tych specjalnych, bo stricte terapeutycznych, opowieściach, którymi są według autorki napisane przez nią historie. Toteż fabuły te zostały opracowane z myślą o ich głównej terapeutycznej funkcji i tej funkcji zostały podporządkowane pozostałe. W tym, niestety, także funkcja estetyczna, która sprawia, że czytanie instrukcji obsługi miksera jest dla nas czymś innym, niż lektura Pana Tadeusza. Bajki terapeutyczne są zdecydowanie uboższe pod względem urody języka, konstrukcji postaci, czy sposobu prowadzenia fabuły od innych utworów. Od tradycyjnych baśni, które w moim przekonaniu mają ogromny potencjał terapeutyczny, różnią się także prawie całkowitym brakiem poetyckich symboli i metafor. Natomiast wydaje mi się, że dobrze spełniają swoją informacyjną (poznawczą, edukacyjną) funkcję. Toteż gdy np. dziecko czeka jakiś zabieg w szpitalu, warto je przygotować psychicznie za pomocą wspólnej lektury historii o chłopcu, który miał podobny problem (Ufuś Marii Molickiej). Z bajek terapeutycznych zaproponowanych przez p. Molicką cenię też sobie Bajkę o zwaśnionych porach roku, ponieważ za pomocą prostej i bardzo obrazowej metafory (cztery, następujące po sobie, pory roku) opowiada o rozwodzie rodziców i o tym, że mimo rozwodu rodzice zawsze kochają swoje dzieci i zawsze przy nich będą. Brakuje mi natomiast przy bajkach terapeutycznych autorstwa Marii Molickiej (które w tej chwili mają już swoje drugie wydanie) oraz innych tego typu propozycjach wydawniczych informacji, że zaproponowane przez autorkę fabuły powinny stanowić jedynie coś w rodzaju szkicu, który dla rodzica/nauczyciela/terapeuty byłby czymś w rodzaju inspiracji do tworzenia własnych historii na potrzeby danej sytuacji i swojego dziecka. Nie da się bowiem tych opowieści zastosować, jak lekarstwa: „przeczytam i problem minie”. Tu kluczową role odgrywa m.in. kontakt z rodzicem, który jest dla dziecka nie tylko lektorem, ale także niejako przewodnikiem po świecie danej opowieści. Podobnie, jak przewodnikiem i nauczycielem był dawniej dla słuchaczy baśni wędrujący po świecie, mądry i doświadczony bajarz.

Takim przewodnikiem i nauczycielem jest jednak na pewno współczesny Pan Kuleczka z książeczek Wojciecha Widłaka. Nie tylko umie pogodzić swoich podopiecznych, z których każdy jest inny i specyficzny, ale także wie, jak zorganizować sprawnie wycieczkę za miasto, przygotować obiad, urządzić urodziny – jednym słowem zachować się jak prawdziwy Tata, z którym coraz więcej dzieci ma utrudniony -głównie z powodu braku czasu- kontakt.

Książeczki o Panu Kuleczce są nie tylko wdzięczną, zabawną lekturą napisaną ciepłym, zabawnym językiem, ale także uczą nas, że różnice między nami mogą być tak samo pożyteczne, jak podobieństwa. Oraz uczą wielu innych, dobrych rzeczy, z którymi część dzieci być może ma już kontakt tylko za pomocą lektury – wydaje mi się bowiem, że niewielu jest w Polsce tatusiów, którzy dawaliby sobie radę ze swoją wesołą gromadka tak dobrze, jak Pan Kuleczka. Tatusiowie „domowi” to, niestety, gatunek raczej wymarły we współczesnym świecie.

Książeczki Wojciecha Widłaka są jedną z najnowszych, godnych polecenia propozycji lekturowych. Ale pamiętajmy też o kanonie lektur dla dzieci, który co jakiś czas aktualizuje w ramach kampanii społecznej „Cała Polska czyta dzieciom” – Fundacja ABC XXI. Koordynatorzy programu słusznie zauważyli, że współcześni rodzice maja coraz mniej czasu, by aktywnie uczestniczyć w wychowaniu swoich dzieci. Jednak książki stanowią dla naszych rodzin szansę takiej wspólnej rozmowy za pomocą lektury. Te rozmowy mogą być czasami o bardzo trudnych sprawach, o które dziecko chciałoby zapytać swoich rodziców: np. o śmierci (Bracia Lwie Serce Astrid Lindgren), rozwodzie i adopcji Mio, mój Mio Astrid Lindgren i Jeż Katarzyny Kotowskiej) i o wielu innych ważnych sprawach, o których czasami trudno mówić „zwykłymi” słowami. Wtedy warto sięgnąć po dobrą książkę – sprawdzoną, mądrą, taką która będzie ważna dla naszego dziecka. Bo -jak słusznie zauważyła Katarzyna Kotowska, mama adoptowanego chłopca, która napisała o nim i o sobie bajkę pt. Jeż: Nie wszystkie bajki są po to, by uśpić dziecko. Niektóre są i po to, by je obudzić. By nauczyć zadawać pytania. Czyli po to, by było ono w stanie stworzyć w sobie rodzaj pewnego życiowego „zaangażowania”, które Rollo May -przedstawiciel amerykańskiej szkoły psychologii egzystencjalnej- nazywa „odwagą tworzenia”, a które daje w konsekwencji poczucie bezpieczeństwa w świecie i jest w stanie znacznie ułatwić nam osiągniecie w życiu dobrobytu, wiarygodności oraz naturalności we wszystkim, co robimy i przeżywamy.
A tego przecież właśnie pragniemy dla swoich dzieci.

Dorota Wojciechowska

REKLAMA