Antykariera w kraju nad Wisłą – równowaga między „być” a „mieć”?

22 marca 2010, autor: dw
Antykariera w kraju nad Wisłą

Antykariera w kraju nad Wisłą

Zawsze chciałam uprawiać coś na kształt „wolnego zawodu”, ale prócz rozlicznych zainteresowań literackich los poskąpił mi innych talentów. Bycie literatem, czyli życie z pisania, nie wchodziło w grę, ponieważ nie wierzę, że można się przebić w tym środowisku bez protekcji, itd.

Pozostała praca naukowa, która stwarza podobne możliwości, jak uprawianie „wolnego zawodu”. Tu potrzeba przede wszystkim konsekwencji (trzeba zacząć starać o wdrożenie swoich planów w etap realizacji już w ostatnich latach studiów – m. in. poprzez wybór odpowiedniego promotora pracy magisterskiej).

Potrzeba też chyba pracowitości, a na pewno poczucia odpowiedzialności i zmysłu organizacyjnego (nie ma określonych terminów, ale w ciągu iluś tam lat trzeba jednak pracę napisać, otworzyć przewód, napisać i umieścić gdzieś publikacje i in.). Jeden z moich recenzentów zwierzył mi się, że do swojej habilitacji pisał jedną stronę w przeciągu trzech dni. Ale nie każdy jest w stanie w ten sposób, tak systematycznie, pracować.

Bardzo pomaga pasja, poczucie, że to co się bada, analizuje jest naprawdę ciekawe. Bez tego ostatniego elementu nie wyobrażam sobie pisania doktoratu, czy habilitacji. Najciekawsze pomysły przychodziły mi do głowy podczas sprzątania i mycia naczyń, dlatego, że myślenie o doktoracie stanowiło dla mnie coś w rodzaju relaksu (gorzej było z pisaniem, ale to osobny temat).

Oczywiście, do pisania doktoratu jest potrzebny jeszcze… talent.  Lub coś, co zachwyci komisję egzaminacyjną. To ci ludzie decydują, czy to, co pcha kogoś do robienia doktoratu, to rzeczywiście talent i czy warto w to inwestować.
Ale pierwszym stopniem, jak wspomniałam wyżej, jest promotor pracy magisterskiej- on pisze list opiniujący do tejże komisji egzaminacyjnej.

Tak więc, nie tyle talent, co dobry pomysł na doktorat, moim zdaniem jest tu główną kartą przetargową.

W pracy naukowej ważna jest także samodzielność – wiele rzeczy trzeba samemu załatwić, odnaleźć, opracować, wymyślić, wystarać się (np. o zwrot kosztów udziału w jakiś konferencji – a są one zwykle duże, w granicach kilkuset złotych- gdy się nie jest na etacie nauczyciela akademickiego danej uczelni), itd.

Tylko niektórzy doktoranci mają stypendium. A ci, co je mają i są już rodzicem, często podpadają pod pomoc opieki społecznej (bo dostają stypendium wysokości 1000 zł, to przeciętna jego wysokość na kierunkach humanistycznych, na „technicznych” i „przyrodniczych” jest nieco lepiej) – to niewątpliwy minus całego przedsięwzięcia.

Jako doktorant można jednak korzystać z lokum w tzw. Domu Asystenta, gdzie opłaty za pokój są w granicach 200-300 zł – znam rodziny, które w czwórkę (z dwojgiem dzieci) w ten sposób, na 10 -15 metrach2, przez 5 czy 6 lat koczowały, odkładając na zakup mieszkania. Zaoszczędzić można sporo, ale mieszkanie w Domu Asystenta wymaga jednak pewnych predyspozycji psychofizycznych (np. umiejętności zasypiania w hałasie, niewrażliwości dróg oddechowych na opary wydobywające się ze wspólnej kuchni… kto mieszkał w akademiku ten wie, jak to wygląda). Plusem jest to, że podczas testowania nowych gatunków win, czy piwa, zwykle odbywają się długie i burzliwe kwerendy naukowe, podczas których można naprawdę sporo się dowiedzieć i wykorzystać później w swojej pracy.

Po uzyskaniu stopnia naukowego też nie jest łatwo – na uczelniach (i państwowych, i prywatnych) panuje nepotyzm i często przypadek decyduje o tym, że zatrudnia się osobę spoza układów.

Zarobki są dobre, jeśli ma się dużą liczbę godzin- ćwiczeń lub wykładów. Wynagrodzenie za 1 godzinę ćwiczeń kształtuje się w granicach od 50 zł (doktorant) do 150 zł i więcej (profesorowie) – wszystko zależy od uczelni, stopnia, ilości wysłużonych na danej uczelni lat, itp. Minus podatek, oczywiście. Zwykle, poniżej profesury, uczelnie oferują zatrudnienie na umowę o dzieło lub umowę autorską za prowadzenie określonej ilości godzin. A więc – nie ma pełnego ubezpieczenia, nie są odprowadzane pełne składki na fundusz emerytalny.  W niektórych uczelniach wypłaca się pieniądze po zakończeniu semestru – czyli trzeba zorganizować sobie jakieś inne źródło dochodów,  żeby przez pół roku nie gryźć z głodu ścian. Ubezpieczenie zdrowotne może zapewnić współmałżonek, jeśli jest zatrudniony na etat, lub można je opłacać sobie samemu (koszt ok 300 zł/m-c).

Niektóre uczelnie państwowe oferują swoim doktorantom zatrudnienie na czas nieokreślony.

Dzieje się tak, ponieważ uczelnia nie zapewnia pracy po zakończeniu doktoratu – etat na czas określony jest podstawą prawną do wypłacania stypendium, które jest tu formą pensji (nie są to studia, na których dostaje się stypendium naukowe, czy socjalne za samo „bycie studentem” – trzeba się wykazać). Wypłaca się więc za prowadzenie zajęć, zaawansowanie prac przy własnym doktoracie, itp. W praktyce niewielu doktorantów dostaje  propozycję stałej pracy na macierzystej uczelni, gdzie piszą doktorat.

Oczywiście, warto wykorzystać tu szansę, jaką stwarza robienie doktoratu za granicą – nawet wyjazd do Czech jest tu lepszym wyborem, niż doktorat w Polsce (stypendium w granicach tysiąca euro oraz darmowe – i przyzwoite- lokum, jak również inne profity!).

Generalnie, jest to praca dla osób, które są dyspozycyjne (praca w piątki i świątki), ale lubią mieć dużo wolnego czasu. Oraz dla tych, co mają pomysł na inną pracę o mniejszym prestiżu, ale przynoszącą comiesięczne dochody, z których można utrzymać rodzinę.

Obecnie usiłuję pogodzić dwa etaty:  na uczelni i w firmie, zajmującej się organizacja szkoleń dla nauczycieli, co w sumie pozwala mi na uzyskanie zarobków kasjera z Biedronki – czyli ok. 1,5 tys m/c. Do tego, od czasu do czasu, dochodzą pieniądze z pisania artykułów i recenzji oraz wystąpień na różnych uroczystościach (to mój trzeci etat, a nawet czwarty, uwzględniając houseworking, które w 90 % przypadków spadną na taką osobę, bo ona przecież NIE PRACUJE NA ETACIE). To są dobre pieniądze, ale czasami przez kilka miesięcy nie ma nic. Wtedy jest dużo czasu na czytanie książek, oglądanie filmów w porze dla bezrobotnych i snucie śmiałych planów (wyjadę za granice jako au pair i będę mieć to wszytko wiadomo gdzie).

Każdy musi sam zastanowić się, jak najlepiej wykorzystać plusy takiego zawodu i jak zniwelować jego minusy. Generalnie, praca w charakterze pracownika naukowego daje duże możliwości; myślę, że wraz z upływem czasu sytuacja takiej osoby systematycznie poprawia się (finansowo i etatowo), najgorsze są pewnie pierwsze lata po obronie doktoratu.
Dla mnie największym plusem jest to, że robię to, co zawsze chciałam robić (tzn. wykorzystywać biblioterapię w pracy z innymi). Wobec tego argumentu na plan dalszy schodzą kwestie finansowe, brak ubezpieczenie, itd.

Zapomniałam napisać, że studia doktoranckie to dobry czas na założenie rodziny (mimo wszystkich, wyżej wymienionych, minusów). Szczególnie, jeśli ma się stypendium, albo etat na czas nieograniczony. Bo: darmowa opieka zdrowotna, można przedłużyć złożenie doktoratu o rok, można starać się o zasiłek losowy (z tytułu urodzenia dziecka – jakieś 1 -2 tys. zł) i jeśli jest się zatrudnionym na umowę na czas nieokreślony, to także jakieś pieniądze za urodzenie dziecka (no i „becikowe”). W sumie – może wystarczyć na jakiś czas. Zapomniała też powiedzieć, że można starać się o zwrot kosztów za podręczniki, materiały, itd., ale to żmudna droga pisania podań i błagania pań w kwesturze o przyjęcie podania.

Wszystkim, którzy marzą o pracy jako nauczyciel akademicki, życzę realizacji tych marzeń. Choć muszę powiedzieć, że teraz pracuję trochę jak wyrobnik – nic tylko sprawdzanie obecności, rozliczanie z prac pisemnych studentów i tępienie plagiatów, które stanowią 80 procent tych prac… nie tak to siebie wyobrażałam.

Pozostaje jeszcze z problem z rodziną – często najbliżsi nie doceniają takiej formy pracy, uważają, że jak sie nie siedzi 8h za biurkiem, to nic sie nie robi.
Moja rodzina ciągle się dziwiła, co ja robię na tym doktoracie, przecież ja nic nie mam do roboty… bardzo trudno to wytłumaczyć komuś, kto nie przeżywał tych wyrzeczeń, itd.

Uogólniając – idealnym  materiałem na pracownika naukowego jest taka osoba, dla której nie liczy się jakiś przyziemny materializm, tylko ten duchowy wymiar doznań i naukowa ekstaza, gdy uda się coś sensownie przeanalizować i opisać J

Na koniec zwrócę tu uwagę na fakt, że wybór pracy nie jest łatwym wyborem – z czego doskonale zdaję sobie sprawę. Praca jest miejscem, gdzie spędzamy najwięcej czasu, takim który ma realny, wymierny wpływ na nasze samopoczucie i zdrowie. Warto się zastanowić, czy opłaca się inwestować w zarobki swój czas i energię, czy osiągnąć tzw. minimum finansowe, ale za to dysponować dużą ilością czasu i dobrego samopoczucia.
Chciałabym zwrócić Waszą uwagę na ciekawą książkę, która porusza ten temat: Antykariera. W poszukiwaniu pracy życia, autor – Rick Jarow.

Książka jest słabo osiągalna, ale niedawno widziałam ją na http://www.podaj.net – myślę, że dla chcącego, nic trudnego, jak to się mówi

Komentarze

Jedna odpowiedź do wpisu “Antykariera w kraju nad Wisłą – równowaga między „być” a „mieć”?”

Zostaw odpowiedź